W języku polskim nie ma nawet żeńskiej odmiany słowa: “fotograf”.
Dlaczego? Czy to zawód zarezerwowany głównie dla mężczyzn?
I czemu panie, kiedy już stają za aparatem, skupiają się głównie na sesjach dziecięcych?
Czy to właśnie wybrana tematyka sprawia, że w tym zawodzie muszą zarabiać mniej?

Czy kobiety będące fotografami robią inne zdjęcia niż mężczyźni występujący w tej samej roli? – pytam drobną blondynkę, Małgorzatę Kogut, która sesje zdjęciowe robi już od kilku lat. Kiedy patrzy na mnie badawczo spod długich czarnych rzęs już wiem co mi odpowie.

  • ‘”Nie, dlaczego tak myślisz? Choć jak się nad tym zastanowić… coś może jednak w tym jest. Nie chodzi o jakość tych fotografii, bo moim zdaniem panie potrafią robić naprawdę dobre zdjęcia, ale faktycznie nasze podejście do obrazu i w ogóle sama tematyka jest zwykle trochę inna”.

Wierci się przez moment na krześle, jakby ta docierająca do niej prawda była trochę niewygodna. Po chwili jednak kontynuuje:

  • “To jakie robimy zdjęcia pokazuje nasz poziom wrażliwości i indywidualne spojrzenie na świat. W sumie nic dziwnego, że mężczyźni co innego dostrzegają w kadrze, co innego budzi ich zainteresowanie”.

Matka Polka z aparatem

Dużo kobiet, które dziś zawodowo zajmuje się fotografią, zaczynało od robienia pierwszych zdjęć własnym dzieciom.
Jest to moment dla wielu przełomowy. Rodząca się z potrzeby chwili pasja, do uwieczniania pierwszych chwil z życia dziecka, po pewnym czasie przeradza się w świadomie obraną ścieżkę kariery zawodowej. I w naturalny sposób zajmują się bliską ich sercu tematyką – czyli właśnie sesjami dziecięcymi. A Ty?

  • “U mnie było trochę inaczej. Nie mam jeszcze dzieci. Ale faktycznie macierzyństwo miało z tym coś wspólnego, bo to właśnie moja mama zaraziła mnie pasją do robienia zdjęć. Od małego byłam jej główną modelką. Do dziś pamiętam polecenia typu – stań pod tym, czy tamtym płotem, uśmiechnij się. Szybko też zaczęłam przejawiać zdolności plastyczne, co potem przerodziło się w umiejętności graficzne. Fotografowanie jakoś tak spójnie łączy tę moją artystyczną duszę”.

A dlaczego dzieci? – nie daję za wygraną drążąc temat.

  • “Bo tak”.

Znowu patrzy w moją stronę, ale wcale mnie nie widzi. Myślami jest w innym miejscu, gdzieś na początku swojej zawodowej kariery.

  • “Nie zastanawiałam się nad tym nigdy. Sesje dzieci? To wyszło jakoś tak naturalnie… Lubię maluchy, odnajduję się w całej tej pastelowej, czasem cukierkowej stylistyce. Jak by na to nie patrzeć dzieci zawsze były i będą bliskie kobiecej naturze. Może właśnie dlatego wybór był dla mnie tak oczywisty.”
Grosik do grosza a będzie… garb…

Czy kobiety umieją rozmawiać o pieniądzach?
Zaczyna całkiem pewnie:

  • “Ja nie mam z tym problemu”.

I tu następuje chwila ciszy. Wyraźnie widzę po jej minie, że szuka odpowiednich słów. Czekam więc cierpliwie, aż sama wygrzebie z pamięci swoje pierwsze zawodowe zlecenia i dokona ich analizy.

  • “Dziś nie mam z tym problemu. Faktycznie na początku bywało różnie. Ciężko było mi po pierwsze wycenić swoje kadry, po drugie nie ulegać naciskom. Bałam się, że zbyt wysoka cena sesji zdjęciowej odstraszy moich klientów, zastanawiałam się czy jestem już na tyle dobra, żeby brać za swoją pracę więcej pieniędzy. Chciałam być miła…”.

A klienci to wykorzystywali? – bardziej stwierdzam, niż pytam. Chyba to wyczuwa, bo nie odpowiada. Jeszcze chwilę siedzimy tak i patrzymy na własne buty. Czy myśli o tym samym co ja? Że kobiety często w pracy, niezależnie od wykonywanego zawodu, popełniają te same błędy? Że nie potrafią wyjść ze stereotypu grzecznej dziewczynki i zawsze przede wszystkim chcą być miłe? Z letargu wyrywa nas dopiero głośny śmiech dochodzący zza cienkiej ściany sali konferencyjnej. To rozmawiają mężczyźni. Bardziej wyluzowani, z natury wierzący w swoje możliwości i nastawieni na zarabianie, do czego nie wstydzą się przyznawać. Bo i czego tu się wstydzić? Artysta jest artystą z pasji, ok, ale kto powiedział, że musi to być biedny pasjonat?

Gdzie fotograf nie może tam… fotografkę pośle

Nie wiem czy to te ciągle dobiegające nas salwy śmiechu, czy inne przemyślenia skłoniły moją fotografkę (można tak w ogóle napisać?) do mówienia. Zaczyna jednak bez ogródek:

  • “No dobra, bo to jest trochę tak – jestem kobietą. Ok, mam w związku z tym pewne ograniczenia, których nie przeskoczę, a raczej przeskoczyć mogę, ale po co? Mogę robić sesje krajobrazów, podążać z wielkim plecakiem naładowanym sprzętem na szczyty gór. Mogę, dam radę, jakoś ten plecak dowlekę, choćby ważył dokładnie tyle co ja. Ale… nie chce mi się. Nie kręci mnie to, nie czuję tego. Może inne kobiety to czują – generalizować nie można, ale ja nie czuję i na siłę czuć nie potrzebuję, po to tylko, by komuś udowodnić, że jestem tak dobra jak mężczyźni za aparatem.
  • Jestem już na takim etapie rozwoju, że nie muszę nikomu nic udowadniać. A sesje dziecięce robię, bo lubię. Wszystkie te oryginalne, słodkie miśki robione ręcznie, maleńkie sukieneczki w pastelowych odcieniach, kolorowe kocyki, kwieciste opaski, wiklinowe koszyki – podobają mi się. Mogę bezkarnie te wszystkie rzeczy zbierać pod pretekstem wykorzystania ich potem na przykład w fotografii noworodkowej
  • Czuję te wszystkie emocje, jakie towarzyszą takim zdjęciom. Wyobraź to sobie – rodzice przynoszą Ci swoją dumę, swój największy skarb. Jest w tym tyle radości, szczerego wzruszenia… takie chwile są po prostu niepowtarzalne i nie dziwię się rodzicom, że chcą zachować je w postaci fotoalbumów czy odbitek. I mówię to bez kokieterii – lubię to co robię, wybrałam tak, może faktycznie po kobiecemu, ale w sumie nie muszę się z tego nikomu tłumaczyć, bo wiem, że jestem w tym dobra”.

Diabeł tkwi w szczegółach

I tu właśnie na chwilę się zatrzymajmy. Znam Twoje motywy i nie zrozum mnie źle – sama uwielbiam oglądać zdjęcia dzieci i myślę, że masz super pracę. Zastanawiam się jednak czy fotografia dziecięca jest po prostu dochodowa? Czy ten wybrany temat nie zamyka trochę na własne życzenie Twoich możliwości zarobkowych w tym zawodzie?

  • “A o to Ci chodzi… Faktycznie tak się przyjęło, że fotografie maluchów ceni się znacznie taniej niż na przykład sesję ślubną czy narzeczeńską”.

Czyli jednak Cię to ogranicza…

  • “Nie. To, tylko skłania mnie do większej kreatywności. Bo jako społeczeństwo dojrzeliśmy już do momentu, kiedy rodzice są w stanie zapłacić dobrze za zdjęcia swojego dziecka. Przecież bardzo modne stało się posiadanie profesjonalnych fotografii potomstwa, często chwalimy się nimi bliskim, dajemy je w prezencie dziadkom, zamieszczamy na Facebooku czy w innych mediach społecznościowych. Przyszłe mamy chętnie decydują się na sesję ciążową, potem wracają z maleństwem na rękach, a za jakiś czas znowu uznają, że warto byłoby kolejny raz spotkać się z fotografem. Bo to jest fajne, modne, bo robią tak koleżanki i wreszcie dlatego, że je na to stać”.

A gdzie w tym Twój sposób na zarabianie? W tych powrotach właśnie? Chcesz powiedzieć, że z sesji dziecięcej można wyciągnąć znacznie więcej, bo klienci wrócą do Ciebie co najmniej kilka razy? I w sumie zrobi się z tego fajna kwota?

  • “To również, ale co innego jeszcze jest ważne. Postawa samego fotografa. Jeśli zamknie się w przekonaniu, że klienci nie zapłacą dobrze za zdjęcia dziecięce, nie będzie umiał na nich zarabiać. Ja wychodzę z założenia, że trzeba proponować rodzicom coś fajnego, nowego, ładnego i poczekać na ich reakcję”.

Zdradzisz nam swoje sekrety? Czy boisz się podpowiadać konkurencji?
Przewraca kokieteryjnie oczami, ale jednocześnie kiwa twierdząco głową.

  • “U mnie wygląda to tak: mam określoną cenę za wykonanie na przykład dziesięciu zdjęć w sesji noworodkowej czy dziecięcej. I ok, jest to cena bardzo atrakcyjna. Zawsze jednak po zdjęciach obrabiam znacznie więcej kadrów i pokazuję je rodzicom. Jeśli chcą mogą je dokupić i dodatkowo zapłacić. Nie ograniczam ich więc do mojego wyboru. Ja mogę wskazać kilka najlepszych według mnie ujęć, ale im może się spodobać przecież coś innego”.

Ok, czyli wystawiasz dodatkowy rachunek za dobrane ujęcia?

  • “Właściwie to nie za same ujęcia. Ja je ubieram w produkty. Zawsze proponuję kilka rzeczy, które świetnie pasują mi do klimatu sesji dziecięcych. Projektuję fotoalbumy w mniejszych formatach, zwykle 20cm x 20cm lub 15cm x 15cm, lub zamiennie fotoksiążkę, fotokalendarz, pudełeczko na odbitki i opakowanie na pendrivea. Wszystko w tym samym stylu, z jednym motywem lub jednym materiałem – staram się stworzyć ładny, spójny komplet”.

Kobieca estetyka i zamiłowanie do szczegółów…

  • “Żebyś wiedziała! Znam wiele fotografek, które zwracają bardzo dużą uwagę na to, w jakiej formie oddają swoją pracę. Niektóre tworzą ręcznie pudełeczka czy pakunki na całość, owijają wszystko oryginalną wstążeczką, kupują specjalne zawieszki. Są w tym mistrzyniami! I wiesz co? To jest właśnie nasza kobieca przewaga konkurencyjna na rynku fotografii dziecięcej. Bo w końcu jako kobiety nie tylko lepiej czujemy się w tym temacie, potrafimy też doprowadzić usługę do końca w spójnej stylistyce, którą docenią przede wszystkim panie. A przecież to najczęściej mamy przychodzą do nas ze swoimi dziećmi. Lepiej rozumiemy więc potrzeby i oczekiwania naszych klientek”.

Grzeczne dziewczynki… umieją liczyć

I jak? Czy to zrozumienie daje wymierne korzyści? – uparcie próbuję wyciągnąć z niej więcej konkretnych informacji.

  • “Ja nie narzekam. Rodzicom jest łatwiej zapłacić za coś, co jest fizyczne – co można dotknąć, pokazać dziadkom, znajomym. Bo sama usługa sesji fotograficznej jest dla wielu trochę wirtualnym, nierzeczywistym pojęciem. Szkoda więc pieniędzy. A tu widzą nagle piękny fotoalbum ze zdjęciem maluszka na całej okładce, lub w okienku, z odpowiednimi, osobistymi napisami, odbitki w większym formacie, czy na przykład płytkę DVD z nadrukowanym zdjęciem. No i jak tu takiego ładnego kompletu nie kupić? Przecież to śliczna pamiątka dla dziecka na całe życie”.

Do każdego z produktów dorzucasz odpowiednią marżę?

  • “Dokładnie tak. I na tym właśnie zarabiam. Często rodzice decydują się na takie pełne zamówienie już na samym początku, a niekiedy potrzebują czasu”.

Na przemyślenie?

  • “Tak. Na początku niektórzy mówią, że nie potrzebują tych fotogadżetów, jakie im proponuję. Mam jednak zawsze w zanadrzu swoje pokazówki. A to działa dużo lepiej niż sama rozmowa. Fizyczny produkt mogą sobie dotknąć, pooglądać moje najlepsze fotografie i wyobrazić sobie, jak w takim produkcie będą wyglądały zdjęcia ich dziecka”.

Sprytnie, czyli… po kobiecemu…

  • “Tak, grzeczne dziewczynki też umieją liczyć. I w sumie za aparatem liczą przede wszystkim na siebie. Dlatego w tym zawodzie wcale nie muszą zarabiać mniej niż panowie…”

Rozmawiała: Monika Szałajko
najlepszefoto.pl

Artykuł sponsorowany przez Najlepszefoto.pl